Moja stopa pokrwawiona
Na Twe płótna śnieżnobiałe...
Tyle słów zostanie po nas,
Ile w wierszach wystękałem.
Moje usta poranione
Na twe plecy krągłokostne...
Tak jak wiatr - gdy wstrząśnie klonem -
Spadną świece wielkopostne.
Więc choć listkiem przefruniemy,
Więc choć drzewem wyrośniemy,
Nie wypowiem tego - niemy...
Niemy, Żono, i my - nie my.
Czy potrafię cię, piękna - ja, co tak nie umiem
Kochać własnej miłości, jak tylko zajadle?
Bo czy można ułożyć miłość na rozumie,
A jedynie twe włosy kłaść na prześcieradle?
Powiedz dzisiaj: jest piękna. Pokiwają głową,
Sposępniałe policzki uśmiechem obloką,
A to będzie, jak gdybyś dał właściwe słowo
Niegdysiejszym, ach, śniegom - nad wodą obłokom.
A więc wracaj, Ulotna, gdzie przy czarnym Tumie
Ziewa grób opuszczony i rdzewieją szpadle.
Bo czy można ułożyć miłość na rozumie,
A jedynie twe włosy kłaść na prześcieradle?
Jest gdzieś północ której nie zobaczę
północ świata
i północ doby
czas i przestrzeń spięte jedną gwiazdą
pod którą tylko
śmierć się urodziła
zapach północy, leży w uszach zmarłych
w nozdrzach psów pokostniałych
na bezkresnym śniegu
w porcelanowych medalionach dzieci
co wreszcie są cicho
a smak północy
był na tamtej ręce
której dotknąłem jak żelaza w mróz
odtąd unosząc tylko pół języka
bełkocząc odtąd