Znów słońcu się oddała. Maja cudzołóstwa
Znany uśmiech rozkoszy kołysze na ustach.
Samiec chodzi oślepły, próbuje, czy uda
Kolanem chudym postów wcisnąć się w jej uda?
Ale jakby taranem wyważał wierzeje,
Skoro stoją otwarte. Więc nie on bierze je.
Dzika zazdrość wydmowa. Z piaskiem toczyć bitwy,
Kułakami okładać wrzaskliwe rybitwy?
Szeptać coś, konstruować, posuwać umizgi,
Poważniej stać bez łyżki - głodnemu - u miski?
Tak z sewerskiej filiżanki uszczknąć łyczek słoń chce,
Jak on rozwalić rywala, którym Febus - słońce.
Toż go on zna z pierworództwa. Nim w grzech się oblekła
Znała gorąc żarliwszy od męskiego ciepła,
On tylko promień jeden. Tu promieni mrowie
Wysokich warg dotyka, w dolnym zgęszcza mrowie.
Kto z wrażliwych, co piersią otarł się o pożar,
Łopatkuje w kominku wciąż gasnącym po żar?
Więc oto ziemia moja Ojczyzna
Wszystko we mnie co wieczne - z tych oto ogórków
Z tych bladych kwiatów szarpanych żarłocznie
Przez chude jak szkielety wróble
Wszystko co we mnie otwiera ten pejzaż
Koniem sterczącym w niebo kopytami
Różą znienacka ogromną jak krowa
Wiatrakiem zeschłym
I wreszcie człowiek - z flaszki pionowej
Ostatnią kroplę chciwie wypija
Płacze
Maryja
Jezus
Maryja
Jezus
Maryja
Jezus
Maryja
Jest gdzieś północ której nie zobaczę
północ świata
i północ doby
czas i przestrzeń spięte jedną gwiazdą
pod którą tylko
śmierć się urodziła
zapach północy, leży w uszach zmarłych
w nozdrzach psów pokostniałych
na bezkresnym śniegu
w porcelanowych medalionach dzieci
co wreszcie są cicho
a smak północy
był na tamtej ręce
której dotknąłem jak żelaza w mróz
odtąd unosząc tylko pół języka
bełkocząc odtąd